Strona Główna ZKP
Zdalny Klub Pisarski

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload



Poprzedni temat «» Następny temat
Walka 1
Autor Wiadomość
Alberto 

Wiek: 26
Dołączył: 29 Gru 2016
Posty: 15
Wysłany: 2017-03-31, 20:30   Walka 1

Walka 1
Scathach vs Choineczka
Temat: Bal przebierańców w starym zamku.
Termin oddania prac: 14 Kwietnia
 
 
   Podziel się na:     
Choineczka 

Dołączyła: 30 Gru 2016
Posty: 6
Wysłany: 2017-04-14, 09:49   

Bal przebierańców

Zaraz po Świętach spędzonych w rodzinnym Austin, rodzice Allie, jak co roku, wyjeżdżali na wielki sylwestrowy bal. I to nie byle jaki, bo na starym zamku w sercu Szkocji.
Tym razem po raz pierwszy zabierali ze sobą córkę, jako że skończyła już szesnaście lat. Dla dziewczyny było to wielkie przeżycie. Znów spotka się z dawno niewidzianymi kuzynkami, u których przenocuje. Ba, razem pójdą na zabawę!
Lot samolotem upłynął Allie na oglądaniu filmów. Na lotnisku rodzina wsiadła do autobusu, zajeżdżającego niemal pod sam dom ciotki. Trochę zmęczeni, ale szczęśliwi Westwoodowie zostali gorąco przywitani. Po obiedzie, złożonym głównie ze świątecznych dań, Allie poszła do pokoju kuzynek rozpakować bagaże. Alice i Maggie natychmiast zapytały ją o strój na bal. Koniecznie chciały zobaczyć jej przebranie. One również były niezwykle podekscytowane. Amerykanka zgodziła się pod jednym warunkiem.
- Ubieramy się wszystkie trzy i naraz pokazujemy się w strojach.
Chichocząc pod nosem, rozbiegły się po domu. Najstarsza z dziewcząt, Alice, zajęła łazienkę. Allie pobiegła na górę, do drugiej, mniejszej. Najmłodszej Maggie pozostała sypialnia jej rodziców.
Alice, najbardziej przejęta kostiumami, szybko wciągnęła sukienkę baletnicy, wsunęła na nogi baletki i wyszła na korytarz.
- Hej, jesteście gotowe? - zawołała.
- Jeszcze nie! - odkrzyknęła Allie.
- Poczekaj na nas w pokoju! - poprosiła Maggie.
- Jasne.
Allie i Maggie przyszły po kilku minutach. Na ich widok Alice wybuchnęła śmiechem.
- Co cię tak bawi? - prychnęła Allie.
- Wyglądacie przepięknie - rechotała kuzynka. - Księżniczka i potwór z bagien!
W rzeczywistości Maggie miała na sobie cukierkoworóżową suknię, żywcem wyjętą z Disneyowskiej bajki. Największy entuzjazm wzbudziła jednak jej "diadem". Składał się ze srebrnej, błyszczącej opaski i dwóch mniejszych, różowych koron na sprężynkach. Allie, gdy zobaczyła tę wątpliwą ozdobę, zawtórowała Alice. Teraz śmiały się już wszystkie trzy.
Nic dziwnego, że przy baletnicy i księżniczce Allie wyglądała jak potwór z bagien. Miała na sobie strój jednego z wędrowców z "Władcy Pierścieni". Okryta szaro-zieloną peleryną pasowała do tego towarzystwa jak piąte koło u wozu.
- Allie, a gdzie broda? - spytała Maggie, hamując śmiech.
- Ogoliłam - odpowiedziała, wprawiając palcem w ruch jedną z koron na głowie kuzynki.
Bez wątpienia bal zapowiadał się bardzo ciekawie.
***
Na miejsce przyjechali autokarem, wyładowanym przebierańcami, których kolorowe stroje wystawały spod płaszczy i kurtek. Było wyjątkowo zimno. Zamek prezentował się bardzo okazale. Do wrót przechodziło się czerwonym dywanem, brudnym od błota. Wiele stóp musiało już tędy przemaszerować. Drogę oświetlał szereg prawdziwych pochodni.
W środku panowało przyjemne ciepło. Rodzina Allie szybko zdjęła okrycia wierzchnie. Zostawili je w szatni, odbierając numerki. Siostry oddały swoje kuzynce, gdyż jako jedyna miała w swoim stroju kieszenie.
- Bardzo sprytnie - skomentowała Alice, wygładzając obcisłą bluzeczkę. - Może telefony też ci oddamy?
- Bez sensu - zaprzeczyła dziewczyna. - I tak nie usłyszycie dzwonka w tym hałasie. Zostawcie w kurtkach.
- Ale wtedy trzymasz się blisko nas, żebyśmy w razie czego mogły wziąć od ciebie numerki.
- No pewnie, rozerwę się - zażartowała Amerykanka. - Może będę tańczyć z obiema naraz?
Tańce musiały trwać już dobrą chwilę, gdyż na parkiecie nie brakowało wirujących par. Maggie pociągnęła za sobą pozostałe dziewczyny.
- Chodźcie, idziemy zatańczyć! - rzuciła nieznoszącym sprzeciwu głosem. Jej słowa ledwo przebiły się do ich uszu. Chcąc nie chcąc, dały się porwać skocznej szkockiej muzyce. Alice ze swym uśmiechem i lekkością baletnicy, za którą była przebrana, dość szybko znalazła sobie partnera do tańców. Był nim wysoki chłopak w pluszowym kombinezonie krokodyla lub dinozaura, czy może jeszcze czegoś innego. Allie została sama z młodszą z kuzynek.
- Muszę się czegoś napić... - Maggie przekrzyczała muzykę, sapiąc po czwartym tańcu z rzędu. - Lubisz szampana?
- Raczej nie piję takich rzeczy - skrzywiła się.
- No ej, przecież jest Sylwester!
- Idź sama, poczekam.
Podczas gdy Maggie zmierzała w kierunku stołu z kieliszkami, Allie wpadła na nowy pomysł. Nie była na tyle odważna, by podejść do nieznajomych chłopaków, a tym bardziej zacząć tańczyć z którymś z nich. Za to pod ścianą ustawiono ogromną choinkę, upstrzoną srebrnymi bombkami i łańcuchami. Jakimś cudem dziewczynie udało się przecisnąć do drzewa. Zaczęła tańczyć wokół iglaka, zamiatając w koło peleryną. Jej szaro-zielony kolor idealnie pasował do zielonkawych igieł "partnera".
- Tu jesteś! - czyjaś dłoń chwyciła Allie za rękę. - Nie tańcz z choinką, chodź pod scenę! Zaraz będzie konkurs na najlepsze przebranie, weźmiemy udział! - To mogła być tylko Maggie. Amerykanka podążyła za drgającymi na sprężynkach koronami. Według dziewczyny nagroda powinna przypaść jej kuzynce właśnie za tą cudaczną opaskę.
- Panie i panowie, stwory i potwory! - zawołał prowadzący imprezę Szkot. Miał na sobie tradycyjny kilt, spod którego wystawały owłosione nogi. - Mam ogromną przyjemność rozpocząć tegoroczny konkurs na najciekawsze przebranie! Zasady nie są trudne: przejdę się po sali i wybiorę sześć dam i sześciu dżentelmenów. To wy zadecydujecie, kto z nich zostanie królem i królową balu! Każdy może oddać jeden głos na ulubione kostiumy! Pamiętajcie, należy wybrać numery od 1 do 6 oraz od 7 do 12! Prosimy o muzykę! - wodzirej zszedł ze sceny. Podszedł do przystojnego mężczyzny w przebraniu pirata i podał mu kartonik z numerem "7". Maggie robiła wszystko, by zostać zauważoną przez Szkota w kilcie, za to Allie trzymała się od niego z daleka, wcale nie marząc o zostaniu królową balu.
Wreszcie piosenka ucichła. Ku swojej uciesze, Allie ujrzała wchodzącą na scenę Maggie, wraz z jedenastoma innymi uczestnikami balu. Pod sceną pojawił się tłum ludzi, chcąc koniecznie odebrać karteczkę, za pomocą której mogli zagłosować. Amerykanka cierpliwie odczekała swoje i zagłosowała, dopiero kiedy większość ludzi już sobie poszła.
- Uwaga, uwaga, panie i panowie - ponownie zabrzmiał głos wodzireja. - Zbliża się północ, czas wybrać naszą królewską parę! - Wyjął kartkę z trzymanej w rękach koperty. - Królem naszego balu zostaje... Numer 7! - Jakimś cudem Allie przeczuwała, że przystojny pirat wygra w tej kategorii. Facet emanował pewnością siebie, żwawo podszedł do prowadzącego konkurs. - Oto nasz król! Jak się nazywasz? - Zapytał, podając mikrofon mężczyźnie.
- Aidan. Chciałbym pozdrowić wszystkie piękne panie, które dostały się do finału konkursu. Niezależnie od tego, kto z was, dziewczyny, wygra, wszystkie jesteście tego warte - uśmiechnął się czarująco. Prowadzący odebrał mu mikrofon ze zmieszaniem na twarzy.
- No, ten to pewnie za dużo wypił. - Ni stąd, ni zowąd za Allie pojawiła się Alice. Kuzynka cmoknęła ze zdegustowaniem.
- A teraz, pora na królową naszego balu! Zostaje nią... - nagle mikrofon przestał działać. Elektryczne oświetlenie także zostało odłączone, zostały jedynie pochodnie, dające niewiele światła. W pobliżu sceny padły dwa strzały. Zapanowała panika. Z jednego kąta zaczął się rozprzestrzeniać dym.
Ludzie zaczęli tratować się nawzajem, biegnąc w stronę wyjścia. Allie uczepiła się tiulowej spódnicy kuzynki, nie chcąc zgubić jej w tłumie. Odwróciła głowę, by spojrzeć za siebie. Pośród dymu dojrzała skaczących ze sceny przebierańców. Do jednej z kobiet, przebranych za Czarną Wdowę, doskoczył mężczyzna, doskonale przebrany za arabskiego terrorystę. Nagle, zamiast pomóc jej w ewakuacji, zaczął ją szarpać. Uwolnił ją dopiero "król balu", zwalając napastnika z nóg silnym ciosem. Obok stała Maggie, sparaliżowana strachem.
- Allie! - wrzasnęła Alice za kuzynką. Ta jednak przecisnęła się do sceny, roztrącając ludzi łokciami. Wskoczyła na scenę, chwyciła Maggie za ramiona i popchnąła. Zeskoczyły razem, gdzie dopadła ich starsza z kuzynek. Wraz z Allie wzięły młodszą pod ręce i pociągnęły do wyjścia.
Roztrzęsione dobiegały do zatłoczonego już autokaru, gdy z wnętrza zamku dobiegł je głośny huk.
- Dzieci, jesteście całe! - Rodzice wybiegli z bramy. Matka kuzynek głośno szlochała. - Jedziemy do domu, chodźcie! - Wskazała podjeżdżający autobus. Być może policja już wiedziała o całym zajściu i przygotowywano ewakuacje. W oddali słychać było syreny.
- Wsiadajcie, nie chcemy mieć z tym nic wspólnego - trzeźwo zauważył ojciec Allie.
Dojechali do domu około pierwszej w nocy.
- Nigdy więcej nie idę na taki bal! - jęczała Alice, ściągając z siebie strój baletnicy.
- Nie na każdym balu wybucha bomba. - Allie odpięła pelerynę. Tylko Maggie siedziała na łóżku, miętosząc swoją opaskę w ręku.
- Ale wiecie, co? - Odezwała się nagle obrażonym tonem. - To ja miałam być królową balu z tym Aidanem! - Tupnęła nogą. - Był taki przystojny...
Dziewczyny roześmiały się nerwowo. Wiedziały, że jeszcze długo nie będą mogły się otrząsnąć po tym wydarzeniu.

By Choineczka
 
   Podziel się na:     
Scáthach 
Scáthach

Dołączyła: 11 Lut 2017
Posty: 17
Wysłany: 2017-04-14, 10:13   

Deszcz bębnił w parapet od świtu, nie dając słońcu szans na dotarcie do szkockich okien. W kawalerce na obrzeżach Perth było przez to dość ciemno. Mimo małej ilości światła, Carney czytał gazetę, usiłując nie obudzić śpiącej na jego torsie Sylvii. Jej sen okazał się trwać krótko - po paru minutach kobieta przetarła oczy i przeciągnęła się leniwie.
- O czym piszą? - spytała bez przywitania.
- Jakieś kryzysy, jacyś politycy, jakaś afera. Nic nowego - odparł, nie odrywając wzroku od tekstu.
- To po co czytasz?
- Z nudów.
- Nudzisz się ze mną? - Sylvia odsunęła się od kochanka i wsparła na łokciu. Ciemne włosy opadły jej na plecy.
- Skądże. Wiesz, obserwowanie śpiącej osoby wcale nie jest takie fascynujące jak wszyscy mówią. Kilkanaście minut w zupełności wystarczy.
- Dłużej nie da się na mnie patrzeć?
- Cholera. - Mężczyzna spojrzał na kobietę z cieniem rozbawienia na twarzy. - Przejrzałaś mnie.
Sylvia ze śmiechem sięgnęła po poduszkę i rzuciła nią w Szkota. Ten tylko zrzucił jaśka na podłogę, a następnie objął kochankę.
- Naprawdę myślisz, że taki przystojniak jak ja spotykałby się z jakąś przeciętną kobitką? - rzekł.
- Skromny jak zawsze - powiedziała tylko kobieta, całując Carneya.
Parę minut później, mężczyzna czytał artykuł o kolejnych rozbojach w pubach, a Sylvia zaglądała mu przez ramię.
- O! - wykrzyknęła, wskazując palcem jakąś reklamę. Szkot zerknął przelotnie na napis "Bal karnawałowy w <<Muffince>>". Grafika utrzymana była w różowej kolorystyce, co kazało mu spojrzeć na kochankę z pobłażaniem.
- Chcesz na to iść?
- Jezu, oczywiście, że nie. Przypomniało mi się, że mam wejściówki na jakiś bal w starym zamku.
- No i co? Zamierzasz na niego iść?
- Nie słyszałeś najlepszej części. Kostiumy mają być inspirowane szeroko pojętą fantastyką.
- Nadal nie rozumiem, o co... - Carney nie skończył, bo kobieta weszła mu w słowo.
- Można się też przebrać za postacie z komiksów!
- Komiksów? - Mężczyzna okazał trochę większe zainteresowanie.
- Tak!
Zapadła chwila milczenia.
- I tak nie rozumiem dlaczego chcesz na to iść - rzekł Szkot beznamiętnie, wracając do czytania.
- Ojeju, Carney - wyjęczała Sylvia, zabierając gazetę. - Raz ci nie zaszkodzi, leniu.
- Powiedz mi chociaż po co. - Szkot zdawał się nie zwrócić uwagi na obelgę.
- Żeby się trochę rozerwać - westchnęła kobieta, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Ja ci już nie wystarczam? - powiedział mężczyzna z przekornym uśmiechem.
- Dobrze wiesz, że chodzi mi o coś innego.
- Nie możemy iść na zwykłą imprezę? - spytał wilkołak z lekką pretensją w głosie.
- Na tę mam darmowe wejściówki. Serio wolisz wydawać kasę i przepuścić wolne wejścia?
Carney westchnął głęboko.
- Za kogo miałbym się niby przebrać?
***
Imponująco oświetlony zamek Glamis gościł dziś niecodziennych przybyszów. Po dziedzińcu kręciły się nie tylko wampiry czy wilkołaki, lecz także postaci z filmów np. Indiana Jones, Księżniczka Leia czy Kapitan Picard. Kilkanaście minut przed rozpoczęciem balu, na parking przy budowli zajechał kolejny motocykl. Zsiedli z niego szczupła kobieta w ciemnych spodniach i płaszczu oraz postawny mężczyzna w jeansach i brązowej, skórzanej kurtce. Gdy zdjął kask, charakterystyczna fryzura i bokobrody pozwoliły na natychmiastową identyfikację postaci, z którą starał się dziś utożsamić.
- Masz moje cygaro? - spytał Carney, rozpinając kurtkę. Pod spodem miał tylko biały podkoszulek. Odruchowo chciał przeczesać ręką włosy, lecz przypomniał sobie ich nietypowe ułożenie. Stwierdził, że lepiej powstrzymać dziś swój nawyk.
- Zaraz ci dam, najpierw muszę to z siebie zrzucić. - Sylvia wskazała na wierzchnie okrycie, pod którym znajdował się jej kostium. Z kochankiem pod ręką ruszyła w stronę budowli.
Główna sala, do której wszyscy zmierzali, znajdowała się na pierwszym piętrze. Przy wejściu do niej stali eleganccy kelnerzy, trzymający tace z kieliszkami szampana. Carney wziął jeden z nich i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, w oczekiwaniu na partnerkę. Dyskretnie popatrzył po gościach, mimowolnie słysząc, o czym rozmawia większość z nich. Przy okazji udało mu się wyczuć kilka wilkołaków oraz wampirów. Uroki wyostrzonych zmysłów. Jeden z krwiopijców, wymownie przebrany za Drakulę, spojrzał na Szkota w tym samym momencie, kiedy ten mierzył wzrokiem jego. Oboje natychmiast odwrócili wzrok z wyrazami wyższości na twarzach. MacLean szybko stracił zainteresowanie ewentualnym rywalem; jego uwagę przyciągnął tymczasem inny mężczyzna, który wyglądał tak samo jak on. Można było się domyślić, że tak popularna postać jak Wolverine pojawi się w więcej niż jednym wydaniu. Po pomieszczeniu kręciło się także kilka interesujących kobiet. Jedna, w niezbyt obcisłym, ale i tak zmysłowym czarnym kostiumie jakiejś mało znanej postaci szczególnie zaciekawiła wilkołaka. Szkoda, że nie przyszedł tu sam. Teraz mógł tylko posłać nieznajomej znaczące spojrzenie.
W chwili gdy Carney przestał lustrować wzrokiem zebrane w sali towarzystwo, a zaczął oglądać wiszące na ścianach portrety właścicieli posiadłości, usłyszał znajome kroki, a zaraz po nich głos mówiący:
- Tak interesują cię obrazy?
Stojąca przed swym kochankiem Sylvia wyglądała seksownie. I to bardzo. Czerwony kostium opinał jej wąską talię, a brązowe włosy, przytrzymywane przez charakterystyczną maskę, opadały na jej ramiona falami. Przebranie było łatwe do rozpoznania dla fanów komiksów, lecz laicy mieliby zapewne problemy.
- Bardziej interesuje mnie moja Scarlet Witch - wymruczał wilkołak, przyciągając kobietę do siebie. Zanotował w pamięci, żeby nie za często spoglądać na jej mocno wycięty dekolt. Kochanka uśmiechnęła się kokieteryjnie, wyplątując się z uścisku partnera i ciągnąc go w głąb sali.
- Chodź - powiedziała. - Zobaczymy co mają do jedzenia.
Oddalili się w kąt, gdzie rozstawiono stoły z przekąskami.
- Mówią, że Glamis to najbardziej nawiedzony zamek w Szkocji - zagadnął MacLean, próbując rolady z łososia. Wyczuł przyjemne w zapachu przyprawy, które okazały się równie dobre w smaku.
- A ja słyszałam, że na całej wyspie. Chyba Szekspir umieścił tu akcję jakiejś swojej sztuki, co nie? - dodała Sylvia.
- Mhm, coś o tym słyszałem. Chodziło o Hamleta?
- Akcja Hamleta działa się w Danii, głuptasie. To był chyba Makbet.
- Miałem to powiedzieć - Szkot uśmiechnął się, maskując błąd. - Chcesz poszukać tej słynnej komnaty?
Kobieta zamyśliła się.
- Jeżeli będziemy umierać z nudów...
***
Godzinę po rozpoczęciu balu Sylvia i Carney umierali z nudów.
Oboje spodziewali się czegoś więcej poza jedzeniem i oglądaniem kilku wybranych sal zamkowych. Twierdza była o tej porze roku zamknięta dla zwiedzających, toteż gościom udostępniono tylko kilka największych pomieszczeń. Nie żeby były one mało interesujące - oglądanie tych samych mebli, obrazów czy zbroi przestawało po prostu ciekawić po pierwszych kilkunastu minutach.
- Zróbmy coś, bo zaraz zasnę - stęknął wilkołak, poprawiając się na krześle.
- Na żadne tańce się chyba nie zapowiada - stwierdziła znudzona kobieta, a po chwili dodała: - Przynajmniej na razie.
- Chodźmy poszukać tej komnaty - zasugerował mężczyzna.
- Naprawdę chcesz? Nie wierzę.
- Wszystko jest lepsze od tkwienia tutaj. - Carney wstał, po czym pomógł swojej partnerce wyjść zza stołu.
Oboje wymknęli się z głównej sali na korytarz, po czym skierowali się schodami w górę. Im wyżej wchodzili, tym mniej osób kręciło się wokół nich. W końcu para doszła do takiego miejsca, gdzie nie było nikogo ani nic prócz żelaznych świeczników na ceglanych ścianach. Przeszli pod czerwonym sznurem zabraniającym wejść dalej, nie myśląc na razie o ewentualnych konsekwencjach. Ich uwagę zaraz przykuły pierwsze drzwi po lewej stronie. Wykonane one były z ciemnego drewna, na którym odznaczały się ciemne, metalowe zdobienia. Carney spojrzał na partnerkę, kładąc rękę na klamce w niemym pytaniu "Wchodzimy?" Kobieta pokiwała tylko głową. Oboje poczuli na plecach pewien dreszczyk emocji, zupełnie jak dzieci zwiedzające zakazany strych albo inne osobliwe miejsce. Entuzjazm opadł jednak równie szybko jak się pojawił, gdy okazało się, że drzwi są zamknięte.
- Pewnie wszystko będzie pozamykane - mruknął mężczyzna ze powątpiewaniem.
- Boże, Carney, nie narzekaj, tylko chodź dalej. - Sylvia wskazała kolejne pomieszczenie i sama nacisnęła klamkę. Próbowała otworzyć drzwi parę razy, lecz te nie miały zamiaru ustąpić. MacLean spojrzał na partnerkę wymownie, ale ta tylko uniosła do góry palec, idąc do kolejnego wejścia, nie przejmując się tym, że stuka głośno obcasami. Szkot podążył za nią, nakazując kobiecie bardziej uważać. Ta nie zwróciła na niego większej uwagi, bo była już przy kolejnym wejściu. Tym razem bogato zdobiona klamka ustąpiła. Kochankowie spojrzeli na siebie, jakby upewniając się czy to drugie chce wejść. Mężczyzna zajrzał do środka. Było tam na tyle ciemno, że zwykły człowiek nie ujrzałby tylko jakieś niewyraźne zarysy. Dzięki wyczulonym zmysłom wilkołak zobaczył jednak dość dobrze widoczne kształty sprzętów do sprzątania, takich jak mopy, miotły i szufelki. Nie mógł jednak budzić podejrzeń partnerki, wyciągnął więc z kieszeni podręczną latarkę, uśmiechając się lekko.
- Chyba nam się przyda - rzekł.
- Po co wziąłeś na bal karnawałowy latarkę? – zdziwiła się Sylvia.
- A jakby na przykład zabrakło prądu?
- Oglądasz za dużo filmów.
Carney wszedł pierwszy, stwierdzając na głos to, co zobaczył już wcześniej:
- Nic tu nie ma. Tylko jakieś rzeczy do sprzątania.
Podczas rozglądania się po pomieszczeniu, wzrok Szkota padł na cegłę wysuniętą ze ściany. Popukał w nią, sprawdzając czy jest luźna. Ta okazała się jednak być trwale wmurowana tak, że wystawała. Pozostało jedynie dywagować czy została tak umiejscowiona celowo, w myśl jakiegoś dziwnego planu budowniczych, czy na skutek ich błędu. Druga opcja wydawała się bardziej prawdopodobna. Nie widząc nic ciekawego do oglądania mężczyzna wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Gdy w komnacie na nowo zapadła ciemność, wystająca cegła bezgłośnie cofnęła się, wtapiając w ścianę, jakby tkwiła tak od wieków.
***
Kolejne drzwi, które napotkali Carney i Sylvia były dużo bogaciej zdobione od poprzednich. Wyglądały też na większe. Wilkołak nacisnął żelazną klamkę, a ta, po chwilowym zacięciu się, ustąpiła. Światło latarki padło na dziesiątki drewnianych regałów, wypełnionych książkami. Nie ulegało wątpliwości, że znaleźli się w bibliotece. Oprócz kolejnych półek, kilku świeczników i zdecydowanie nie zabytkowego stołka nie znajdowało się tu nic więcej. Para rozejrzała się po zbiorach, a kobieta podeszła do jednej z półek i sięgnęła po pierwszy lepszy wolumin. Zanim go jednak dotknęła, zawahała się chwilę, patrząc pytająco na kochanka. Ten wzruszył tylko ramionami, mówiąc:
- I tak już łamiemy zakazy.
Sylvia wzięła książkę, starając się nie ścierać z niej zbytnio kurzu. Tom miał czerwoną okładkę z jakimś srebrnym, łacińskim napisem. Inne książki wyglądały podobnie; niewykluczone, że należały do jakiejś kolekcji.
W czasie gdy kobieta zapoznawała się ze zbiorami, mężczyzna oglądał kolejne grzbiety. W pewnym momencie poczuł ledwie wyczuwalną kwiatową woń, jakby damskich perfum. Odwrócił się w stronę kochanki, lecz po chwili uświadomił sobie, że przecież używała ona innego zapachu. Carney rozejrzał się po pomieszczeniu, lecz nie zauważył nic niepokojącego. Wciągnął cicho nosem powietrze, próbując znowu wyczuć nieznaną woń, ale ta zdawała się jakby rozpłynąć. "Musiało mi się coś ubzdurzyć" pomyślał wilkołak. Uniósł dłoń, aby przeczesać włosy, lecz w porę przypomniał sobie o fryzurze. Skarcił się w myślach za brak skupienia.
- I jak, chcesz coś poczytać? - spytał partnerkę, nie myśląc już o nieznanym zapachu perfum.
- Większość jest po łacinie. Zresztą, nie po to tu przyszliśmy, żeby oglądać stare tomiska, prawda? - odrzekła Sylvia, kierując się w stronę wyjścia. Mężczyzna podążył za nią, ostatni raz obrzucając komnatę wzrokiem.
Po tym, jak drzwi trzasnęły cicho, książka z czerwoną okładką i srebrnym, łacińskim napisem wysunęła się nieznacznie z regału.
***
Ostatnia komnata na tym piętrze okazała się być zamknięta. Para chwilę zastanawiała się czy dalej eksplorować komnaty zamkowe, lecz nie słysząc żadnej muzyki, zadecydowali dalej odkrywać ukryte miejsca. Weszli na piętro wyżej, gdzie natknęli się na drewniane drzwi z ozdobą w kształcie kraty. Nie wiedzieć czemu Carney nie sądził, że uda się je otworzyć, lecz gdy nacisnął klamkę, ta opadła bez oporu. Oczom kochanków ukazał się mały i stosunkowo skromnie urządzony pokój. Po jednej stronie stało łoże, w sezonie turystycznym zapewne z pokaźnym materacem i zdobioną narzutą - teraz był tam sam drewniany szkielet. Obok niego znajdował się stolik nocny z pięknie rzeźbionymi szufladami, a naprzeciwko, w rogu, widać było imponujący fotel z beżowymi obiciami. Pokój wyglądał na bardzo typowy - żeby nie powiedzieć nudny – wyróżniał go tylko nieco przekrzywiony portret wiszący nad łóżkiem. Przedstawiał on chłopca w charakterystycznym dla renesansu ubiorze. Nie byłoby w nim nic niezwykłego, gdyby dziecko nie przedstawiało sobą przerażającego obrazu - jego oszpecona twarz wyglądała jak z niskobudżetowego horroru. Głęboko osadzone oczy patrzyły na świat z wyraźną niechęcią, zaś usta, nienaturalnie wykrzywione, prawie dotykały nosa. Całości dopełniały tylko potwornie zgarbione plecy. Zarówno mężczyzna jak i kobieta patrzyli na portret z mieszaniną niechęci i współczucia.
- Kto namalowałby takie... dziecko? - Sylvia zawahała się przed wypowiedzeniem ostatniego słowa, jakby początkowo chciała użyć innego określenia.
- Nie mam pojęcia - odrzekł Szkot, nawet nie chcąc się nad tym zastanawiać. Kobieta tymczasem podeszła do obrazu i delikatnie przesunęła go, aby nie był on przekrzywiony. W momencie gdy to robiła, wilkołak znowu poczuł ten zapach, tym razem odrobinę wyraźniejszy. Rozejrzał się, zdezorientowany, po komnacie, ale ponownie nie zauważył nic niepokojącego. Ostatni raz mógł uznać za jakieś dziwne urojenie, ale drugi raz wzbudził w nim niepokój, nie przywykł bowiem do pomyłek swoich zmysłów. MacLean mimowolnie spiął mięśnie, włoski na jego ciele uniosły się w stresie. Dla pewności wciągnął zapach Sylvii, gdy ta się zbliżyła, co tylko utwierdziło go w tym, że to nie była ta sama woń. Z ulgą przyjął propozycję opuszczenia pomieszczenia.
Chwilę po tym, jak drzwi zamknęły się, portret samoistnie przekrzywił się do pierwotnej pozycji.
***
Kiedy trzecie drzwi z rzędu okazały się zamknięte, MacLean zaczął mieć nadzieję, że może po kolejnych Sylvii znudzą się spacery po zakazanych korytarzach. Nie żeby się bał. Czuł się tu po prostu nieswojo. Tego niedorzecznego uczucia czyjeś obecności też próbował się pozbyć. Ku nieszczęściu mężczyzny, kolejne wejście szybko stanęło przed nimi otworem. Komnata przywodziła na myśl tę, którą przed chwilą widzieli - znajdująca się w rogu toaletka miała rzeźbienia łudząco podobne do tych widniejących na szufladzie w pokoju z nietypowym portretem. Stojący obok stołek musiał zaś pochodzić z tego samego kompletu, co fotel, miał bowiem beżowe obicia z identycznym wzorem. Oprócz tych dwóch mebli na ścianie po prawej stronie wisiało ogromne lustro - jakby właścicielowi nie wystarczyło to małe, znajdujące się przy toaletce. Rama zwierciadła ozdobiona była dosyć typowymi roślinnymi motywami; jedynie znajdujące się na środku górnego rogu stworzenie przykuwało uwagę swoją nietypowością. Przypominało ono lwa z okazałą grzywą, która płynnie przechodziła w liściaste ornamenty. Sylvia stanęła przed lustrem, przeglądając się w nim i poprawiając włosy.
- Typowa kobieta - skwitował Carney z uśmiechem. Sam stanął obok partnerki, aby ją objąć. Naraz mężczyzna zauważył ruch w lewym dolnym rogu. Momentalnie poczuł szybsze bicie serca. Spojrzał w tamtą stronę, lecz zobaczył tylko odbicie toaletki. W komnacie nie było żadnych firan, które mogły poruszyć się na przykład pod wpływem wiatru, więc Szkot wmówił sobie, że to tylko odbicie latarki. Ale czy światło mogło przybrać kształt rąbka sukienki?
Para wyszła z pomieszczenia, a gdy przez niezamknięte jeszcze drzwi do pokoju dostała się poświata świec, w lustrze samoistnie pojawiło się odbicie kochanków. Tym razem towarzyszyła im smutna kobieta w bieli.
***
Aby wejść do kolejnej komnaty, trzeba było pokonać kilka schodków. Carney szedł pierwszy, oświetlając drogę. Po paru stopniach jego oczom ukazał się przestronny pokój z dębowym biurkiem oraz kilkoma kompletnymi zbrojami. Szkot podszedł do jednej z nich, aby przyjrzeć jej się z bliska, zaś Sylvia wzięła do ręki papiery leżące na stole. Zapisane były tak drobnym pismem, że nie potrafiła odczytać o co chodzi. Kobieta przeszła w głąb komnaty, biorąc od partnera latarkę - chciała zobaczyć wiszące na ścianach gobeliny. Mężczyzna ruszył w stronę małego okna, wychodzącego na dziedziniec, lecz nagle usłyszał jakiś dźwięk. Chwilę zastanawiał się skąd go zna, próbując połączyć go z czymś, co mógłby znać. W końcu olśniło go - był to dźwięk tasowanych kart. Najwyraźniej niektórzy goście również znudzili się oczekiwaniem na rozkręcenie imprezy i zajęli się rozgrywką. Wilkołak obszedł komnatę w poszukiwaniu drzwi prowadzących do kolejnego pokoju. Nie znalazł ich. Do świadomości Carneya od razu zaczęły przebijać się niepokojące myśli, lecz ten zaraz je odrzucił, tłumacząc sobie konieczność istnienia odpowiednich drzwi od zewnątrz. Chcąc zająć się czymś innym, wyjrzał przez zabite kratami okno. Parę osób kręciło się po dziedzińcu, a po błoniach pędził jakiś młody człowiek. Ciężko było dostrzec jego twarz - chłopak najprawdopodobniej był ciemnoskóry. Jakby się dłużej zastanowić, biegł on nieco zbyt szybko, zupełnie jakby przed kimś uciekał. " To niedorzeczne" pomyślał Szkot. "Za dużo filmów" uśmiechnął się do siebie w myślach.
Gdy oboje obejrzeli już całą komnatę, zeszli schodami na dół. Carney ruszył korytarzem, chcąc znaleźć drzwi prowadzące do pokoju, gdzie ktoś grał w karty. Długo nie musiał szukać - znalazł jedne tuż obok. Nacisnął klamkę, która jednak nie ustąpiła. „Kto zamykałby się na partię kart?” pomyślał. Może byli to właściciele, mający klucze do zamku? Szkot nie miał co prawda pojęcia dlaczego nie zeszli na dół, do bawiących się uczestników balu, ale próbował jakoś wytłumaczyć sobie coś, czego nie rozumiał. Jeśli było tak, jak przypuszczał, lepiej żeby posiadacze zamku nie dowiedzieli się o obecności nieproszonych gości. Mówiąc partnerce o zamkniętych drzwiach, nakłonił ją do zejścia na dół, kłamstwem, że usłyszał chyba muzykę.
Mężczyzna nie mógł wiedzieć, że małe drzwi prowadziły do zamurowanego ze wszystkich stron składziku na narzędzia.
***
Kiedy kochankowie szli w milczeniu korytarzem, wracając na główną salę, Sylvia rzekła nagle:
- Miałeś rację, rzeczywiście słychać muzykę.
Oczywiście wilkołak zanotował ją znacznie wcześniej, ale jeszcze nie wtedy, kiedy o tym powiedział. Na jego szczęście początkowe kłamstwo okazało się prawdą. Kobieta znikała już za rogiem, a mężczyzna w tej samej chwili poczuł znajomy, kwiatowy zapach. Ciarki przebiegły mu wolno po plecach. Ktoś - a może raczej coś - było tuż za nim. Nie potrafił powiedzieć dlaczego to wiedział - oprócz wyraźniejszego zapachu perfum nie słyszał żadnych kroków ani nie widział tu przecież wcześniej nikogo. A jednak mimo to wiedział.
Szkot tak bardzo nie chciał się odwrócić; jakaś jego część wołała jednak, aby to zrobił. Gdzieś w głębi chciał zobaczyć czyją obecność cały czas czuł. Ale jednocześnie bał się. Nie tylko tego, co zobaczy, lecz także swojej reakcji. W końcu odszedł tam, gdzie zniknęła Sylvia. Może i stchórzył, ale nie obchodziło go to wcale.
***
Była słaba. Ledwo mogła dać jakieś sygnały, których oni nawet nie zauważyli. On zdawał się widzieć i słyszeć więcej, ale czuła jego emocje. Bał się. Czego? Przecież na świecie nie ma się czego bać. Wszystko jest wątłe i kruche. Szczególnie życie. Życie i przyjemności. Ale czy życie samo w sobie nie było przyjemnością? Teraz doskonale wiedziała, że tak.
Tak bardzo chciała znowu posmakować tego, co kiedyś wydawało się oczywiste. Dotknąć, zjeść, wypić. Dlatego cały czas tu przychodziła. Cały czas miała nadzieję na spotkanie z kimś... ludzkim. Ale zawsze gdy zebrała dostatecznie dużo sił, żeby komuś się pokazać, oni byli przerażeni, nie chcieli jej widzieć. A ona pragnęła tylko poczuć.
Łaknęła też czyjegoś towarzystwa. Cała wieczność w towarzystwie szaleńca wiecznie grającego z tym starym prykiem w szachy. Ten chłopak uciekający przed nieistniejącymi prześladowcami też był szalony. Długo w takim otoczeniu nie dało się... istnieć.
Jednak teraz będzie inaczej. On zrozumie. Jest inny, lepszy. Jest też ładny, ale to się nie liczyło. Liczyło się, że zrozumie. Gdy szedł za tą kobietą, pokazała się w swojej najlepszej formie. W pewnym momencie on zatrzymał się. Teraz. Wiedziała, że on wie, czuła jego wszystkie emocje. Wyciągnęła ku niemu przezroczystą rękę, prawie dotykając jego ramienia. I gdy już było tak blisko, on zrobił krok, a potem drugi i trzeci. Poszedł. Tak po prostu, nawet na nią nie patrząc.
Poczuła rozdzierający smutek. Kolejny raz jej niebijące serce zabolało. Gdyby mogła, zapłakałaby gorzko. Ale nie mogła. Na samą myśl zrobiło jej się jeszcze smutniej. Odpłynęła bezgłośnie do ulubionej części swojego więzienia. Znowu sama.
***
Zabawa w sali głównej w końcu się rozkręciła. Goście tańczyli w rytm muzyki, śmiejąc się i rozmawiając wesoło. Carney obejmował Sylvię, starając się myśleć o tym, co było tu i teraz. Tu, wśród innych ludzi, czuł się bezpiecznie. Teraz nic nikomu nie groziło.
Gdyby ktoś wyszedł teraz na dziedziniec i popatrzył po oknach, zobaczyłby w jednym z nich bardzo smutną kobietę o nienaturalnie bladej skórze. Samą, jak zawsze.
 
 
   Podziel się na:     
Alberto 

Wiek: 26
Dołączył: 29 Gru 2016
Posty: 15
Wysłany: 2017-04-14, 15:24   

Walki oceniamy do 19.04.2017r. do godziny 20:00.
Wygrywa osoba, która otrzyma więcej głosów lub zyska przed końcem głosowania znaczącą przewagę.
 
 
   Podziel się na:     
keromatsu 
Administrator

Wiek: 16
Dołączył: 29 Gru 2016
Posty: 11
Wysłany: 2017-04-14, 21:58   

Głosuję za opowiadaniem Scathach:
Rozbudowane dialogi i opisy, humor, ciekawe postacie i zaskakująca fabuła.
Jeżeli chodzi o opowiadanie Choineczki to... również mi się podobało i miałem trudny wybór. Jednakże jest trochę... sztampowe? Doceniam wkład obu autorek i życzę sukcesów w pisaniu!
Zarządca Rady Administracyjnej
 
 
   Podziel się na:     
Alberto 

Wiek: 26
Dołączył: 29 Gru 2016
Posty: 15
Wysłany: 2017-04-16, 14:34   

Choineczka:
Pomysł ciekawy i przyjemnie się czytał, do tego zaskakujący koniec. Tylko, żeby nie było Ci aż tak przyjemnie to stwierdzam ze opisy były dość słabe. Nie mam pojęcia, dlaczego wszyscy mieli jechać autokarem na ten bal itd.

Scathach:
Opisy dość obszerne, pojawiła się jakaś tajemnica, która zaciekawiła i do tego pomysł na przebrania za postacie z komiksów. Jednak samo zwiedzanie zamku było lekko nużące, ale przy czytaniu trzymał mnie głównie ten tajemniczy zapach.


W obu przypadkach są plusy i minusy. Mimo wszystko nie musiałem się zbyt długo zastanawiać nad tym, na kogo oddam swój głos. Scathach.
 
 
   Podziel się na:     
Alberto 

Wiek: 26
Dołączył: 29 Gru 2016
Posty: 15
Wysłany: 2017-04-16, 21:15   

Pierwszą oficjalną walkę w LPP wygrywa Scathach.
Walka zakończona wynikiem 2:0.
 
 
   Podziel się na:     
Scáthach 
Scáthach

Dołączyła: 11 Lut 2017
Posty: 17
Wysłany: 2017-04-17, 19:31   

Dziękuję Wam za głosy, chociaż nadal uważam, że powinien być remis ;)
Gratuluję Choineczce opowiadania, które uważam za bardziej oryginalne niż moje i dziękuję, że stanęłaś ze mną w szranki :)
Czekam z niecierpliwością na kolejną walkę!
 
 
   Podziel się na:     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




czo.pl - załóż darmowe forum już dziś!





Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - mangi
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 6