Strona Główna ZKP
Zdalny Klub Pisarski

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload



Poprzedni temat «» Następny temat
Walka 2
Autor Wiadomość
Scáthach 
Scáthach

Dołączyła: 11 Lut 2017
Posty: 17
Wysłany: 2017-04-17, 21:45   Walka 2

Walka 2
Alberto vs. Keromatsu
Temat: Wizyta w szkole
Termin oddania prac: 10 maja
Powodzenia!
 
 
   Podziel się na:     
keromatsu 
Administrator

Wiek: 16
Dołączył: 29 Gru 2016
Posty: 11
Wysłany: 2017-05-09, 15:14   

Z samego rana , dnia 8 maja Piotr szykował się na ważne spotkanie. W szkole, znajdującej się nieopodal jego mieszkania odbywały się Dni Zawodowe. Udział w nich brał również Piotr. Miał on za zadanie pokazać uczniom tego gimnazjum swoją prace. Spakował plecak,wziął ze sobą również duży pakunek z częściami kompletnymi i po zjedzeniu śniadania wyruszył w drogę.
Doszedł do pobliskiego przystanku,po czym pojechał autobusem do szkoły. Zobaczył wielki budynek o czterech piętrach. ściany miały kolor szary. Wszedł do ogromnego holllu gdzie czekał na niego nauczyciel:
-Pan Kandyński? - spytał belfer.
-Tak, którędy mam dojść na warsztaty? - spytał pan Piotr .
-Prosto i w prosto trzecini dzwiami - odpowiedział
nauczyciel.
-Dziękuję bardzo - odparł informatyk i poszedł korytarzem, w pokazanym mu kierunku.
Po krótkiej rozmowie z nauczycielem prowadzącym, wszedł do obszernej sali i rozpoczął pokaz:
-Dzień dobry, nazywam się Piotr Kandyński i opowiem wam dzisiaj o mojej pracy. Zajmuję się analizą wykorzystania technologii informatycznych. Dzisiaj pokażę wam, jak wygląda moja praca, złożymy wspólnie komputer i na koniec mała niespodzianka dla uważnych uczestników spotkania. Wszystko jasne? - spytał Piotr.
Uczniowie zgodnie potwierdzili zrozumiałość przekazu, informatyk rozpoczął więc opowieść:
Moim zadaniem jest zbieranie wiedzy o technologii kompouterowej, przedstawianie jej innym i kosztorysy. Często mam okazję testować nietypowe urządzenia i dzięki temu wybrabiam sobie opinię na ich temat.
-Bawić się komputerami to byle idiota umie! - wrzasnął niski blondyn z szelmowskim uśmieszkiem.
-Jaskulski jak się zachowujesz!? - spytał nauczyciel - Jeszcze jeden taki numer i wyrzucę cię z zajęć!
Piotr był lekko zniesmaczony taką odzywką ucznia.
"Trzeba jakoś dojść z nim do ładu, a najlepiej jakoś go uciszyć, inaczej zruinuje mi pokaz…" - pomyślał.
-Co do Ciebie - spojrzał na ucznia. - wiedz, że w mojej pracy przydaje się zarówno wiedza techniczna, jak i językowa, więc twoje rozumowanie jest błędne. Zajmijmy się pokazem praktycznym. - zarządził ze spokojem w głosie.
Kandyński wyjął z torby części oraz kilka kartek, uruchomił prezentację pokazującą kosztorys i zastosowanie pozdespołów w składanym komputerze. Wspólnie z uczniami składał komputer, dokładnie wszystko tłumacząc. Nawet niedoinformowany uczeń był dosyć spokojny i nie przeszkadzał specjalnie w pokazie. Po około godziny i półgodzinnej przerwie, zadowolony z pokazu powiedział:
-A oto zapowiedziana niespodzianka!
Wyjął z plecaka specjalne gogle, podłączył je do komputera, po czym każdy z uczniów mól doświadczyć nowej technologii, dzięki której po założeniu tego urządzenia mógł podziwniać kosmos, oglądać budowę domu i wybrane procesy biologiczne. Zachwycenie uczniowie i nasuczyciele bili gromkie brawa i na koniec, po wielu pytaniach do Piotra, poprosili o kolejne wizyty.
Po wielogodzinnym spotkaniu Piotr wrócił do domu zmęczony, ale szczęśliwy. Uczniowie byli zainteresowani nowymi urządzeniami i jego pracą.
"To był wyczerpujący, lecz bardzo ciekawy dzień, pełen niespodzianek… całe szczęście, że pracuję w korporacji informatycznej - nie wiem, jak wytrzymałbym z tyloma uczniami." Po tych przemyśleniach Kandyński szykował się do jutrzejszej pracy.
 
 
   Podziel się na:     
Alberto 

Wiek: 26
Dołączył: 29 Gru 2016
Posty: 15
Wysłany: 2017-05-09, 17:52   

Bywa że przez jednostkę giną miliony lub zostają przezeń one ocalone.
Al


Wreszcie dotarłem do szkoły, którą nazywają Artemidą. W tym wielkim budynku przypominającym przerośnięty zamek uczy się elita. Ponoć zgromadzono tu najzdolniejszych uczniów. Ciekawostką jest to, że większość z nich to członkowie bogatych i niezwykle wpływowych rodzin, które sponsorują ten przybytek. Inaczej mówiąc jest to szkoła dla gburów, którzy uważają się za pępek świata. Nie chce mi się wierzyć, iż coś wyniosą z tej placówki poza przekonaniem, że są najważniejsi i najmądrzejsi na świecie. Z chęcią zobaczyłbym jak prawdziwe życie daje im w kość.
Przekraczam bramę, by znaleźć się na dziedzińcu z fontanną z marmuru oraz z licznymi stoiskami przygotowanymi na dzień otwarty.. Dawno nie wykonywałem zlecenia w tak ekskluzywnym miejscu jak to. W dodatku tak trudno dostępnym. W końcu to wszystko mieści się w głębokim lesie, który jest niezwykle gęsty a droga, która tu prowadzi nie jest w idealnym stanie. Jednak musiałem przebyć tą trasę. Wszelkie niewygody podróży wynagrodzą mi te wszystkie atrakcje przygotowane dla odwiedzających. Rozglądam się, więc uważnie, żeby znaleźć jakieś stoiska, które nie są za bardzo oblegane. Właśnie od takich zacznę i dopiero później podejdę do pozostałych. W tym czasie powoli będę przygotowywał się do wykonania zadania. Musze wszystko idealnie zaplanować i przemyśleć każdy szczegół, aby nie popełnić nawet najmniejszego błędu, który mógłby mnie kosztować porażkę. Nie zniósłbym tego, że zawaliłem. Słynę z tego, że zawsze wykonuję zlecenia, co do joty i dokładnie tak, jak poleci mi to zleceniodawca.
Jest tu wielu rodziców jak i samych uczniów, ale nie brakuje też osób z „zewnątrz”. Każdy zapewne chce zobaczyć tę wspaniałą szkołę, która ściąga tyle wspaniałych umysłów. Jednak ja znam inną szkołę. Tą, w której byłem. Tam musiałem codziennie walczyć o przetrwanie. Wszystkiego musiałem nauczyć się sam i zdobyć umiejętności, które pozwolą mi przeżyć w każdych warunkach. Jednak o niej wie zaledwie garstka. Ci tutaj przy odrobinie szczęścia będą biznesmenami, naukowcami, lekarzami czy prawnikami, a ja zostałem nauczony zabijać tylko po to, żeby żyć. Nie wiem, co lepsze. Być intelektualistą czy człowiekiem, który potrafi zabić z zimną krwią w obronie innych lub w związku z jakimiś porachunkami.
Potrząsam głową, aby o tym zapomnieć. Kiedy mi się to udaje podchodzę do najbliższego kramiku, na którym poustawiano jakieś stare radia. Przyglądam się im uważnie rozpoznając takie, które zrobiłyby furorę w jakimś muzeum, a inne można by uznać za osiągnięcia współczesnej technologii. Szkoda tylko, że to same urządzenia, z chęcią bym coś zjadł, jakąś kiełbaskę z grilla czy innego kebsa albo prosiaka z jabłkiem w pysku. Naprawdę jestem głodny, ale w najbliższej okolicy nie widzę nic, co mogłoby się nadawać do zjedzenia. Wzdycham i kieruję się w stronę budynku. Może, chociaż stołówka będzie czynna albo będą jakieś śnieżynki czy inne hostessy rozdające kanapeczki z szyneczką. Staram się przedrzeć przez tłum, który nagle zgęstniał. Ludzie to na serio bydło, które należałoby nauczyć jakiejkolwiek dyscypliny. Tylko, że ci, którzy tego próbują zazwyczaj są dyktatorami i szybko umierają. Szkoda, bo niektórzy z nich są naprawdę śmieszni.
W końcu udaje mi się przestąpić próg „Artemidy”. Zresztą ciekawe, dlaczego tak nazywają tą szkołę? Czy ta cała Artemida nie była Boginią łowów? Jeśli tak to, na co niby mieliby tutaj polować ci geniusze? Na jakieś biedne zajączki? A może na jelenie i niczemu niewinne niedźwiadki? Zresztą to pewnie jakaś tam metafora, której nie rozumiem. Wolę wszystko mieć powiedziane i wytłumaczone po chłopsku. Wtedy nie ma nieporozumień i innych skomplikowanych sytuacji.
Hol tej szkoły jest ogromny i przesadnie przyozdobiony w różnego rodzaju obrazy, arrasy i kwiaty. Nie robi to na mnie zbyt dobrego wrażenie, ale nie mi to oceniać. Zresztą przyszedłem tu znaleźć coś do zjedzenia, a nie podziwiać dekoracje, które niezbyt do siebie pasują tematycznie. Ruszam, więc korytarzem z nadzieją, że w którejś z klas urządzono coś na wzór kawiarenki. Szybkie spojrzenia przez otwarte drzwi każdej z klas upewnia mnie w tym, iż nic takiego nie znajdę na parterze. Być może na wyższych piętrach coś takiego się znajdzie, ale na nie pójdę nieco później. Poszukiwania stołówki także mogą zaczekać. Wpierw rozejrzę się tutaj z nadzieją, że przygotowano coś ciekawego. Zawsze wychodzę z założenia, że jedzenie smakuje lepiej, kiedy czeka się na nie nieco dłużej niż powinno. Dlatego wchodzę do najbliższej z klas i ledwo przekraczam próg a na zewnątrz budynku rozbrzmiewa przeraźliwy krzyk. Nie zwróciłbym na niego większej uwagi gdyby nie podniosła się ogólna wrzawa. Wracam na korytarz i staję przy wielkim oknie patrząc jak ludzie biegają w panice. Ciekawe, co ich tak przeraziło? Czyżby coś przypadkowo wybuchło albo poszło z dymem?
Przyglądam się z zaciekawieniem całemu widowisku uśmiechając się ironicznie pod nosem. Ludzie to jednak idiotami, a logika tłumu jest tak głupia, że aż śmieszna. Człowiek jest tak skonstruowany, iż woli kogoś zadeptać i uciec jak najdalej od zagrożenia - nawet tego nierealnego – niż na spokojnie przeanalizować sytuację. Chyba, że się nie potrafi tego zrobić w ciągu kilku sekund wtedy lepiej uciekać. Zresztą, czego ja po nich wszystkich oczekuję? Jestem pewny, że większość tu z obecnych nie miała nawet szkolenia w zwykłej ewakuacji. Tym bardziej nikt nie miał styczności z realnym zagrożeniem.
Tylko, dlaczego czuję niepokój? Przecież patrząc chłodno na to, co się tu dzieje to nie powinienem go czuć. W końcu, co może się stać głęboko w lesie gdzie jest słaby zasięg i ciężko z kimkolwiek się skontaktować? No tak praktycznie wszystko. W szczególności te boginki biegające za ludźmi… Wróć. Boginki? To one jeszcze nie zostały wytępione? Do tego, co tu robią w biały dzień strzygi? A tamci dwaj, to cholerne dhampiry? Do tego doliczyć przerośniętego chupacabrę i wyjdzie nam ładna plejada istot, które lepiej omijać z daleka. Racja. Ci tutaj nawet nie zdawali sobie sprawy z ich istnienia, bo jak idioci włożyli ich wszystkich między bajki. Chyba, że to wszystko część jakiegoś przedstawienia w związku z dniami otwartymi. Jednak wątpię w tą teorię, bo mogę wyczuć specyficzną aurę tych stworzeń, które właśnie robią sobie jedną wielką krwawą ucztę. Większości z tych ludzi już nic nie pomoże. Reszta pożyje może jeszcze kilka godzin i może jakiejś garstce szczęśliwców uda się uciec na odległość kilku kilometrów.
Nagle uświadamiam sobie, że przecież nie przybyłem tutaj dla zabawy. Przecież mam zadanie, które muszę wykonać. Muszę znaleźć niejakiego Konrada Makpowskiego. Obym go odnalazł przed tymi istotami i zaprowadził w bezpieczne miejsce. Inaczej nie będę się już mógł chwalić swoją niezawodnością. Muszę zrobić wszystko, żeby nikt ani nic nie dopadło go zanim do niego nie dotrę. Oby tylko nie był na zewnątrz. Inaczej marne będą szanse na to, że przeżyje do momentu Aż go znajdę.
- Co się… Co się dzieje? – Pyta drżącym głosem uczennica, która właśnie staje obok mnie.
- Rozpętało się piekło – odpowiadam. – Mam tylko nadzieję, że znasz niejakiego Konrada Makpowskiego.
- Tak – mówi.- To nauczyciel biologii.
- Ja też go znam – rzuca inna z uczennic. – O co chodzi? – pyta podchodząc do nas.
- Powiedzcie, że nie było go na zewnątrz – w moim głosie słychać bezradność.
- Jest na drugim piętrze – odpowiada pierwsza.
- Zaprowadźcie mnie do niego. I jeśli chcecie przeżyć trzymajcie się blisko mnie – dodaje sucho.
Pierwsza, która podeszła do mnie jest niską i niezwykle szczupłą rudowłosą dziewczyną. W jej zielonych oczach maluje się przerażenie i udaje się jej zmusić żeby oderwać wzrok od rzezi na zewnątrz. Ma na sobie szare spodnie i żakiet w tym samym kolorze. Druga zaczyna wpatrywać się w krwawą jatkę za oknem. Ta wysoka dobrze zbudowana, niebieskooka blondynka wydaje się być sparaliżowana tym, co się dzieje. Po jej sportowym ubraniu domyślam się, że miała brać udział w jakimś pokazowym meczu czy czymś podobnym. Gdyby widowisko się odbyło zapewne nie wiedziałaby, co się dzieje i nie zdążyła uciec. W sumie czeka ją śmierć, jeśli się nie ruszy a słowami do niej nie dotrę. Zresztą nie ma czasu na takie próby. Potrzeba czegoś, co od razu zwróci jej uwagę.
- Uderz ją – zwracam się do rudej.
- Co?
- Daj jej z liścia, żeby się otrząsnęła. Ja z reguły nie biję kobiet.
- Jakiś ty wspaniałomyślny – stwierdza siląc się na ironiczny ton.
Jednak bez narzekania podchodzi do koleżanki i mimo że musi stanąć na palcach uderza ją w policzek. Blondyna potrząsa głową i zaczyna krzyczeć. No pięknie. Głośniej się nie da? Jeśli ściągnie na nas kilka z tych istot to będzie po nas. Ale ruda nie daje za wygraną i jeszcze raz strzela ją w twarz. Dopiero teraz się uspokaja na tyle, żeby spojrzeć na mnie i koleżankę. Po jej policzkach płyną łzy.
- Chodźcie ze mną na drugie piętro – mówię spokojnie. – Inaczej na pewno zginiecie.
- Wyciągniesz nas stąd? – pyta blondyna.
- Nie wiem – odpowiadam szczerze.
Nie dyskutując dłużej ruszam w stronę holu, żeby zdążyć przed potworami na wyższe piętro. Zerkam na nie kątem oka na obie dziewczyny i robi mi się ich żal. Chciałbym je uratować, ale nie wiem czy sam bym sobie poradził z coraz to większą ilością demonów, strzyg i innych istot, które wyszły na żer. Jednak zrobię, co mogę, aby je ochronić. Może i jestem w jakimś sensie kretynem i dupkiem, ale mam serce, którego brakuje innym. Tamci zazwyczaj giną próbując ratować własną skórę. Ja pewnie też zginę, ale próbując ratować te uczennice i człowieka, którego szukam. Jednak inaczej nie potrafię postąpić. Nie miałbym sumienia gdybym, choć się nie postarał.
Wbiegamy na schody bez większych przeszkód. Ruda prowadzi ciągnąc za rękę swoją koleżankę. Ta mała już mi się podoba, bo mimo strachu stara się zachować zimną krew i próbuje myśleć logicznie. Takie osoby jak ona mają sporą szansę na to, żeby przeżyć. Ich wola walki jest wystarczająco duża, aby móc sobie poradzić w większości sytuacji. Jednak blondyna również się stara, ale musi mieć kogoś, kto nią pokieruje. Inaczej stanie i będzie czekać na nieuniknione. Dwie osoby a tak różne charaktery. A może to tylko głównie różnica ich mentalności? Jednak nie czas na takie dylematy.
Docieramy na pierwsze piętro, na którym jest długi korytarz z licznymi sofami zamiast zwykłych ławek. Cóż, kto bogatym zabroni? Poza tym, co mnie teraz interesuje, na czym oni siedzą i że ściany pomalowane są w przyjemne barwy przeplatającej się żółci z brązem? Mimo wszystko fajnie się tu urządzili, ale szkoda, iż zdecydowana większość rezydentów dzisiaj zginie. O ile nie wszyscy. Idąc za rudą mam wrażenie, że świetna z niej przewodniczka. Sam bym się tutaj zgubił przy pierwszym lepszym zakręcie. Ona widać zna świetnie ten budynek, ale nie wiem czy chce wiedzieć czy to, dlatego że jest tu tak długo czy też z innych powodów. Mniejsza z tym.
Mijamy kilka schodów i dopiero po dwóch może trzech minutach docieramy do tych właściwych. Oby nie było za późno. Zbyt długo już idziemy, a liczy się każda sekunda. Dopiero teraz zauważam, że mijaliśmy sporo osób, które spokojnie sobie stały i dyskutowały na rozmaite tematy. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje na dole. Niedobrze. Nie wiem czy powinienem ich ostrzec czy iść dalej, aby nie tracić cennego czasu? Zatrzymuję się. Nie, to by było niezbyt ładne zagranie z mojej strony. Ci ludzie powinni żyć a przynajmniej ci, którym uda się uciec dzięki ostrzeżeniu.
- Uwaga! – krzyczę ile sił w płucach.
Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ponowny krzyk także nie przynosi oczekiwanego rezultatu.
- Co ty robisz? – pyta blondyna.
- Chce ich ostrzec – odpowiadam.
- Po cholerę? – To pytanie mnie rozwala. – Jak tu będą sterczeć to spowolnią tamte potwory, a my uciekniemy.
- Do celu po trupach? – Nie czekając na jej odpowiedz wyciągam swojego glocka i strzelam w sufit. – Skoro zwróciłem waszą uwagę to uciekajcie… Ale nie w dół wy idioci….
No nic. Pobiegli w stronę śmierci niczym naćpane owieczki do rzeźni. Chciałem dobrze, ale wyszło nieco inaczej. Mam tylko nadzieję, że będą wystarczającym posiłkiem dla tych, którzy przybyli na ucztę… a tak, przypomniałem sobie, że jestem głodny.
- Ruszamy dalej –mówię.
- Ale ci ludzie…
- Niestety, ale już im nie pomożemy ruda. Lepiej się ruszmy, żeby znaleźć Konrada i uciec stąd jak najdalej.
- Po co ci broń? – Pyta blondyna, a w jej oczach widać przerażenie wymieszane z zaciekawieniem.
- Jestem z policji – rzucam bez namysłu. – Chodźmy, jeśli chcecie przeżyć.
Nic więcej nie mówiąc dziewczyny ruszają dalej. Biegną ile sił w nogach przeskakując po dwa a nawet trzy stopnie naraz. Szkoda tylko, że już się powoli męczą. Będą musiały niedługo odpocząć. Gdybym tylko wcześniej się tutaj zjawił i znalazł tego mężczyznę to nie miałbym takich problemów jak ten, że mogę nie zdążyć na czas. Pewnie bym jeszcze kogoś przy okazji uratował. Niestety, ale muszę przyznać, że dziś zawaliłem i to na całej linii. Przyszedłem tutaj niezbyt przygotowany i stało się coś nieoczekiwanego, na co nie byłem gotowy. Czyli prawo Murphy'ego jednak działa. Inaczej mówiąc, jeśli coś ma się popsuć to się popsuje i to w najgorszy z możliwych sposobów.
Dziewczyny zatrzymują się krzycząc wniebogłosy. Czy nie mogą się zamknąć? Mogą sprowadzić na nas całą sforę istot, które ciężko będzie pokonać w tak wielkiej ilości. Odsuwam je na bok nakazując ciszę, te jednak nie słuchają. Wskazują za to przed siebie. Podążając w tym kierunku wzrokiem zauważam chupacabrę, który pałaszuje sobie jakiegoś uczniaka. Nie myśląc zbyt długo skupiam się by utworzyć prawą dłonią kulę ognia. Ciepło przepływa przez moje ciało skupiając się w palcach tworząc przy nich niewielką kulę ognia nie większą niż piłka golfowa. To powinno wystarczyć. Rzucam nią w stworzenie przypominające zniekształconego kundla, który zamiast uciec, zaczyna wyć. Szlag by to. Zaraz sprowadzi swoją watahę. Ponownie sięgam w głąb siebie, aby wydobyć kolejną porcję swojej mocy. Tym razem potężniejszą. To pozwala mi użyć dłoni, jako swego rodzaju miotacza płomieni. Dzięki temu stworzenie usmażyło się. Wszystko trwa nie dużej niż kilka sekund, ale wciągu, których popełniłem fatalny błąd. Nie, nie chodzi o to, że użyłem „magii” przy tych dziewczynach tylko o to, że mogłem od razu zabić tego chupacabrę. Jeżeli jego sfora usłyszała jego „wołanie” to zleci się ich tu, co najmniej kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt, a wtedy już nie będzie tak wesoło jak teraz.
- Idźcie dalej – mówię. – Nie patrzcie na ciało tylko przed siebie. Nawet nie myślcie o tym, co tu się stało.
- Jak… - zaczyna ruda.
- Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz poznać odpowiedzi – stwierdzam.
Blondyna nie wytrzymuje i spogląda na ciało kolegi oraz przysmażonego zmutowanego psiaka. Zaczyna wrzeszczeć tak jak się tego spodziewałem. Na szczęście jest tu ruda, która uderza ją otwartą dłonią w twarz. Chyba zaczyna to lubić skoro sama z siebie to zrobiła. A sam cios nie był delikatny, ale bardzo silny. Dziewczyna przewraca się na ciało ucznia zamierając w przerażeniu. Mam wielką ochotę ją tu zostawić, ale miałbym wyrzuty sumienia. Nigdy bym sobie tego nie darował.
- Wstawaj wieśniaro – cedzi przez zęby ruda. – Jeśli tego nie zrobisz zatłukę cię, bo mam dość twojej przerażonej buźki.
Tym razem ja stoję jak wryty robiąc doskonałego karpika. Nie spodziewałbym się takich słów od tak ślicznej i słodkiej dziewczyny jak ona. Jednak to pomaga, więc po cholerę narzekam? Ta mała wykonuje kawał dobrej roboty, więc nie powinienem się aż tak martwić.
- Pan Konrad jest w drugiej klasie po prawej – mówi do mnie ruda. - Idź po niego i uciekajmy z tego miejsca jak najdalej się da.
Kiwam tylko głową i ruszam przed siebie z nadzieją ze zastanę mężczyznę w sali lekcyjnej. Jeżeli zginął będzie plamą na mojej karierze. Obyś żył gościu, bo inaczej załatwię nawet twojego ducha.
Wstrzymuję oddech i popycham drzwi. Moim oczom ukazuje się facet w średnim wieku z wielką łysiną na głowie. Widząc, że jest mały i grubawy już mam dość. Daleko z nim nie ucieknę. Muszę obmyślić plan awaryjny gdyby plan „A” się nie powiódł. Rozglądam się po klasie i zauważam kolejne trzy osoby. Sami chłopacy, którzy wyglądają dość dobrze. Być może mogliby walczyć w razie potrzeby i przetrwać te kilkanaście sekund… Dobra przesadzam. Padliby w pierwszej sekundzie.
- Konrad Mapkowski? – pytam dla pewności mężczyznę.
- To ja. O co chodzi?
- Musimy ewakuować się poza teren szkoły inaczej pan zginie. A przez to wszystkie wyniki badań, które pan posiada przepadną. Proszę wszystko zabrać i niczego nie zapomnieć.
- Wyjaśnię wszystko po drodze. Wy też idziecie – zwracam się do uczniaków. – Bez dyskusji.
Przez chwilę, która zdaje się trwać wieczność nikt się nie odzywa. Gdzieś z niższych pięter słychać krzyki przerażenia i zawodzenie umierających. Za oknem pojawia się jakaś boginka, która zaczyna stukać w szybę uśmiechając się przy tym swoimi kłami. Jakiś chochlik wbiega do klasy rozglądając się, co by mógł tutaj spsocić. Nikt się nie odzywa, ale strach wisi w powietrzu. Jeżeli się nie ogarną i zaczną panikować to będzie kiepsko. Musimy już iść, a nie stać i czekać na śmierć.
- Chodźmy – odzywa się mężczyzna. – Nie wiem, co tu się dzieje i nie chcę wiedzieć, ale wiem jedno. Jeśli tu zostaniemy zginiemy. Czas na panikę będzie później.
- Na pewno wziąłeś wszystko? – upewniam się.
- Tak, wszystko mam przy sobie – odpowiada. – Wolę tego pilnować osobiście. Nikomu nie ufam na tyle żeby oddać mu pod opiekę te dokumenty.
Nie znam go, ale już mi się podoba. Szkoda tylko, że niedługo będziemy musieli się rozstać. Z chęcią bym z nim pogadał, ale są sprawy ważne i ważniejsze. Czekam, więc przy drzwiach aż piątka, którą muszę chronić zbierze się na korytarzu, na którym pojawia się dhampir. Ten pół wampir pół człowiek posiada cechy obu ras. Problem w tym, że niewiadomo, które posiada ten osobnik. Zazwyczaj są one losowe dla każdego z nich i nigdy nie można być pewnym czy nie trafi się na takiego, który ma większość zalet wampirów. Ten uśmiecha się ironicznie i odwraca się. Najwidoczniej żadne tu z obecnych nie jest dla niego wykwintnym posiłkiem dla jego szlachetnego podniebienia. Może to i dobrze, że sobie poszedł. Nie mam zbyt wielkiej ochoty mierzyć się z dhampirem bez wcześniejszego przygotowania się do takiej walki.
- Ruszać się – rzucam. – Im szybciej znajdziemy się na ostatnim piętrze tym lepiej.
- Znam pewne miejsce gdzie możemy się schować – odzywa się chłopak.
- Gdzie to? –pytam
- W zachodnim skrzydle…
- Nie ma mowy – przerywam mu. – Jeśli się nie mylę jesteśmy we wschodnim skrzydle i zanim dojdziemy do zachodniego to trochę potrwa. Musi być coś bliżej, znacznie bliżej.
- Idziemy do góry i tam coś znajdziemy – zarządza Konrad.
- Mówiłem to już wcześniej – mruczę pod nosem. – To ja to dowodzę – mówię głośniej i lepiej, żeby tak zostało.
Nikt się nie odzywa. I dobrze, lepiej dla mnie. Wiem, że jeśli dotrzemy na ostatnie piętro będziemy uwięzieni, ale to jedyne wyjście. Poza tym liczę na to, że uczta skończy się nim dotrą do nas. Chyba, że dhampir lub boginka kogoś poinformują o zwierzynie, która próbuje się schować. Oby dali nam szansę na przetrwanie, jeśli nie, będę walczył i wtedy byłoby zaledwie kilka pewnych rzeczy. Zginiemy wszyscy, ale zabiję jak najwięcej przeciwników. Do tego utrudnimy im zadanie w miarę możliwości o ile nikt nie wpadnie na jakiś głupi pomysł strugania bohatera.
Ruszamy, ale każdy jest w dość kiepskim nastroju. Morale jest niskie, ale nie jestem przywódcą, który potrafi je podnieść. Nigdy nie lubiłem dowodzić ani być w jakiejkolwiek grupie. Wolę działać sam. Wtedy mam największe szanse na wygraną. Teraz nie mam większego wyboru. Mówi się trudno i idzie się naprzód.
Nie interesuje mnie już, co mijamy ani gdzie skręcamy i po jakich schodach się wspinamy. Wszystko jest dla mnie praktycznie tak samo obrzydliwie takie samo. Przesadny przepych zamku stał się grobem tak wielu ludzi, że wątpię, aby ktoś tu już spróbował coś stworzyć. Szkoła upadnie, a to miejsce stanie się czymś tak odpychającym, iż tylko szczury będą chciały tu zamieszkać.
Wyglądam przez okno w korytarzu i moim oczom ukazuje się dziedziniec zalany krwią. Ciała walają się praktycznie wszędzie. Niektóre z nich są pozbawione tylko kilku części jak nogi czy ręce. Pozostałe rozszarpano, a wszystkie wnętrzności zjedzono lub rozwleczono. Wielka ilość istot, które tu przybyły opycha się tym, co kiedyś było ludźmi. Wszystkie te truchła są teraz padliną dla tych sępów, które nie powinny żywić się ludzkim mięsem za dnia.
Odwracam się od tego widoku, który dla wielu byłby makabryczny. Mi on przywodzi na myśl moje dzieciństwo. Choć to w tej chwili mało ważne. Powinienem skupić się na teraźniejszości a nieminionym czasie. Przeszłość jest po to, aby wyciągać z niej wnioski by w teraźniejszości opracować plan na lepszą przyszłość. Szkoda tylko, że to robi tak niewielu. Większość woli trwać w przekonaniu, że to, co było jest już niewarte uwagi i należy skupiać się tylko na tym, co będzie. To poważny błąd, ale to nie mój problem. Mój jest tu i teraz.
- Chodźmy na strych – mówi ruda.
- Tam jest niebezpiecznie – odzywa się blondyna. – Wszyscy na zakazywali tam chodzić, bo nie jest jeszcze wyremontowany.
- Cicho blondi – rzucam chamskim tonem. – Idziemy na górę, a jeśli nie chcesz to rób tutaj za przekąskę.
Tak jak się spodziewałem milknie i rusza za pozostałymi. I mimo że ma spuszczoną głowę widać jak po jej policzkach płyną łzy. To wszystko to dla niej za dużo. Najwidoczniej wychowywała się w świadomości, że ma wszystko pod kontrolą i może mieć wszystko, czego zapragnie. A tu nagle rzeczywistość okazała się zbyt brutalna i niepobłażająca nikomu.
Kiedy już docieramy na schody prowadzące na strych wchodzę, jako ostatni. Jednak odwracam się wyczuwając energię, która na pewno nie pochodzi od istoty ludzkiej. To ten sam dhampir, którego spotkaliśmy wcześniej. No tak. Zaczekał aż jedzonko znajdzie się miejscu, z którego nie ucieknie. Dobra robota hybrydo, ale jest pewien haczyk. Ktoś tu nieźle oberwie i zginie. Problem w tym, że ja nie zamierzam umierać. Zawalcz o jedzenie i pokaż, że jesteś w stanie dla niego zginąć.
Wiem, że byłby zdolny dopaść mnie w mgnieniu oka, ale chyba nie sądzi, że jestem aż tak powolny? Dorównuję szybkością większości wampirów i wilkołaków. Potrafię nawet prześcignąć niektóre demony i duchy wiatru. Jednak on stoi w miejscu uśmiechając się szeroko jakby czekał na to abym to ja wykonał pierwszy ruch. Nie da się ukryć, że jest dobrze zbudowany i przystojny. Ma wąskie wargi, które zaciska jakby musiał się przed czymś powstrzymywać. W jego oczach widać żądzę krwi. Ma pewnie na nią wielką ochotę, ale stara się stłamsić swoje pragnienie.
- Jasmin przysyła pozdrowienia – niemal warczy wypowiadając te słowa, lecz delikatnie się kłania.
- Dziękuję – odpowiadam odwzajemniając ukłon. – Również prześlij jej moje pozdrowienie dhampirze. Przekaż również, że z chęcią znów się z nią spotkam by powspominać dawne dzieje.
- Tak też zrobię – cedzi przez zęby. – Mam również powiedzieć panie, że i ona ma tu do wykonania swe zadanie i liczy, że nie wejdziecie sobie w drogę.
- Tak się nie stanie. Nie chciałbym jej urazić nawet nieświadomie.
Dhampir kiwa nieznacznie głową, lecz nadal stoi w miejscu. Wpatruje się we mnie wyczekująco. Ah, zapomniałem. Słudzy tej wiedzmy czekają aż każe im się odejść, ale tylko wtedy, kiedy są posłańcami. W innym przypadku odejdą dopiero, kiedy wysuszą swoją ofiarę z całej krwi.
- Możesz odejść – mówię. – Mam nadzieję, że twoja pani cię wynagrodzi za twój trud – dodaje nim się odwraca.
Wchodzę na strych nie oglądając się za siebie. Przynajmniej wiem już, co tu się dzieje. Jasmin, wiedźma mroku, użyła swych przywoławczych mocy by wykonać swoje zadanie. Szkoda tylko, że uwielbia krwawe metody, które przynoszą niepotrzebny rozgłos, a nie ciche i skuteczne sposoby.
Widząc przerażone twarze moich tymczasowych towarzyszy uśmiecham się lekko. Chciałbym ich uspokoić i powiedzieć, że są bezpieczni i nic im nie grozi, ale nie uwierzą mi. Wpadną w panikę i pewnie uciekną stąd pchając się, jako deser dla stworzeń Jasminy. No nic. Skoro mam pewność, że będę bezpieczny mogę wykonać swoje zadania. Wyciągam swojego glocka i strzelam w głowę Konradowi Mapkowskiemu. Chciałem go chronić tylko, dlatego, żeby go zabić. Może i brzmi to absurdalnie, ale to ja miałem go zabić a nie ktoś inny. Gdybym nie zrobił tego osobiście albo można by było podważyć to, że ja to zrobiłem nie zniósłbym tego. A tak, mam kilku świadków, którzy – jeśli przeżyją – zaświadczą, że wykonałem wyrok. Klękam przy mężczyźnie i zabieram jego dokumenty w akompaniamencie krzyków dzieciaków.
- Jeżeli chcecie żyć pozostańcie tu jeszcze kilka godzin – rzucam odchodząc.
Mam nadzieję, że posłuchają.

***

Pozostawiam teczkę pod ławką przy długiej alejce w parku. Znajdują się w niej dokumenty Konrada Mapkowskiego. Muszę przyznać, że ten mężczyzna jest a raczej był geniuszem. Problem w tym, że jego leki, nad którymi pracował zdolne były wyleczyć ludzi z raka, HIV i innych w tej chwili nieuleczalnych chorób, ale mogły zabić drugie tyle. Wykorzystał bakterie, które mogły zmutować w każdej chwili i z pożytecznych stać się niezwykle groźnymi, powodując liczne pandemie. Mimo że zdawał sobie z tego sprawę nie chciał wyizolować odpowiednich genów czy czegoś innego z tych malutkich stworzonek. Twierdził, że to osłabi skuteczność działania, przez co wydłuży się okres leczenia. Zresztą skrajnie wyznawał teorię Darwina, że powinni przetrwać tylko najsilniejsi. Chciał się przyczynić do tego by stworzyć lepszego człowieka uśmiercając przy tym miliony a może nawet miliardy. Jednak jak dla mnie to, to wszystko brzmi absurdalnie. Zwykłe bredzenie szalonego naukowca, który rzekomo chciał leczyć ludzi by stworzyć nadczłowieka odpornego na znane nauce choroby, ale zabiłby przy tym niezliczone rzesze innych.
Odchodzę od ławki upewniając się, że nikt się do niej nie zbliży. Teraz muszę na jakiś czas zniknąć z tej okolicy. Może pojadę na mazury połowić rybki? Albo gdzieś w góry szukać jakichś błyszczących drobiazgów?[align=right]
 
 
   Podziel się na:     
Scáthach 
Scáthach

Dołączyła: 11 Lut 2017
Posty: 17
Wysłany: 2017-05-10, 07:25   

Walki oceniamy do 15 maja do godziny 20:00.
Wygrywa osoba, która otrzyma więcej głosów lub zyska przed końcem głosowania znaczącą przewagę.
 
 
   Podziel się na:     
Scáthach 
Scáthach

Dołączyła: 11 Lut 2017
Posty: 17
Wysłany: 2017-05-10, 15:59   

No to tak.

Keromatsu: ciężko było przymknąć oko na błędy, ale jakoś to zrobiłam (ale serio, na telefonie da się pisać bez błędów, patrz historia mojej postaci). Rozczarował mnie temat opowiadania, nie da się ukryć, że mało oryginalny. Szkoda też, że mało opisów np. postaci czy zachowania uczniów. Stylistycznie - przyda się trening ;)

Alberto: skoro przymykałam oko na literówki Kero, to na Twoje też by wypadało, chociaż te niektóre przecinki... Temat trochę oryginalniejszy, za co plus. Opisy trochę zbyt wepchnięte wprost, np. ten dziewczyn (zawsze lepiej wpleść opis w różne sytuacje). Tym, co gryzło mnie najbardziej były przemyślenia bohatera - przesadziłeś trochę z ich ilością.

Walkę wygrywa dla mnie Alberto, bynajmniej nie z powodu długości, Kero ;)
 
 
   Podziel się na:     
Choineczka 

Dołączyła: 30 Gru 2016
Posty: 6
Wysłany: 2017-05-13, 20:31   

Witam, najwyższa pora na moją opinię.
Kero:
Twoje opowiadanie nie jest za krótkie. Podejrzewam nawet, że mogłoby się mocno dłużyć, gdybyś napisał więcej. Co do tematu, rozumiem, że nie był za prosty. Twój pomysł na interpretację był nawet oryginalny i miał niezłe perspektywy, jednak nie wykorzystałeś ich do końca. Zbyt dużo szczegółów technicznych zawęża grono odbiorców i powoduje, że dla przeciętnego laika jest ono po prostu nudnawe. Właściwie jest to bardziej relacja lub wstęp do opowiadania, w którym coś ciekawszego zadzieje się później.
Jeszcze jedna rada: przed umieszczeniem tekstu sprawdzaj go w https://languagetool.org/pl/
To samo dotyczy Ala. Może dodamy ten punkt do regulaminu?

Al:
Pomysł bardzo ciekawy, trochę lepiej wykorzystany. Jednak jak na opowiaanie, wktóry akcja jest tak szybka, liczba przemyśleń bohatera powinna być ograniczona do minimum. Rozwleka to całą akcję przez co czytelnik jest dosyć zniecierpliwiony. Jak już wyżej wspomniałam, staraj się unikać błędów. Twoja praca różni się od poprzedniej wyraźnym wzrostem napięcia i rozwiązaniem akcji, po prostu Twoje opowiadanie bardziej przypomina opowiadanie. Z tego powodu przyznaję Ci mój głos.
Nie zrażajcie się moją krytyką, powodzenia na przyszłość!
 
   Podziel się na:     
Scáthach 
Scáthach

Dołączyła: 11 Lut 2017
Posty: 17
Wysłany: 2017-05-13, 20:41   

Drugą walkę wygrywa Alberto z wynikiem 2:0. Gratulacje należą się jemu, ale także Keromatsu, za dzielną walkę. Brawo, chłopaki!
 
 
   Podziel się na:     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  




czo.pl - załóż darmowe forum już dziś!





Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - anime
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 8